Echo

ECHO
mr_22032018_501.jpg
mr_22032018_514.jpg
ECHO
mr_22032018_501.jpg
mr_22032018_514.jpg

Echo

180.00

Copyright: Magdalena & Maksymilian Rigamonti
Title: The Echo
Publisher: Press Club Polska
Photography: Maksymilian Rigamonti
Text: Magdalena Rigamonti
Design: Kasia Kubicka
Photography editor: Ewa Meissner
Scanning and preparation: Tomasz Kubaczyk
Editors: Katarzyna Sielicka, Ireneusz Broda
Language: Polish, English
Translation: Adam Robiński
Proofreading: Iwona Maciszewska
Binding: Poligrafia Bracia Szymańscy
Print: Chromapress
Size: 21 x 21 cm
Pages: 70 (60 + 12)
48 black and white photographs
Print run: 500 manually numbered copies
Date of issue: marzec 2018 / March 2018
ISBN: 978-83-65971-00-5
1st issue

Quantity:
Add To Cart

I travel to places that do not exist. I meet people without a future, living in the past. I visited many places in western Ukraine, in Volhynia. Today, there are only empty space of the former Polish villages and towns. Almost all they disappeared in the year 1943. They can be found on old maps, trying to track them down with GPS. In early spring, when snow melts it can be seen, where there were houses. Material is only emptiness and the echo of the past. Boundless landscapes, sincere fields and only here and there someone placed a cross. Historians document and collect testimony about Volhynia Massacre, they created a historical development, which rely almost exclusively on human memory, because the material certificates basically does not exist. I'm looking for what does not exist, and I'm trying to tell the story about Volhynia, the land contaminated by death.

Jeżdżę do miejsc, których nie ma. Spotykam ludzi bez przyszłości, żyjących przeszłością. Dziś tam, na Wołyniu są tylko puste miejsca po dawnych polskich osadach i wsiach. Prawie wszystkie zniknęły w 1943 roku. Można je znaleźć na starych mapach, próbować namierzać GPS-em. Tam materialna jest tylko pustka. I ja tę pustkę fotografuję. Bezbrzeżne krajobrazy, szczere pola i tylko gdzieniegdzie ktoś postawił krzyżyk. Tu była szkoła, w tamtej wsi mieszkało dwa tysiące ludzi, tam kościół, tu z okolicznych wsi co środa zjeżdżali na targ, a tam był urząd gminy. Nie ma nic. Tylko przyroda. A w okolicach ukraińskie wsie. Fotografuję analogowym aparatem średnioformatowym. Szukam tego, czego nie ma i próbuję opowiadać historię Wołynia, krainy skażonej śmiercią.


Recenzja Michała Dąbrowskiego z culture.pl
https://culture.pl/pl/dzielo/magdalena-i-maksymilian-rigamonti-echo

"Echo" jest efektem kilkunastu podróży na tereny historycznego Wołynia. Wyważona, niejednoznaczna książka to opowieść o wielkiej historii i bezsensownym okrucieństwie, ułożona ze zdjęć i relacji świadków.

Żeby obejrzeć tę książkę trzeba odgiąć okładkę, którą przytrzymuje magnes. Środek przypomina stos archiwalnych zdjęć. "Echo" składa się z 12 kart, które można rozłożyć jak mapy – na każdej z nich są cztery czarno-białe zdjęcia. Jedynym akcentem kolorystycznym jest złotawa wyklejka. Na każdej stronie znajduje się kilkuwersowy tekst, nazwa wsi i jej współrzędne GPS. Nie można przyspieszyć lektury – skończyłoby się to przerwaniem którejś ze stron lub pominięciem historii zawartej w ukrytej rozkładówce. 

Zdjęcie otwierające album przedstawia łąkę – zwyczajny krajobraz, przecięty horyzontem mniej więcej w połowie sceny. Symetryczny, uporządkowany kadr, który mógł być wykonany wszędzie. Pierwsi ludzie, którzy pojawiają się w książce, to para dwudziestokilkulatków przy wozie. Chłopak patrzy w dal, nie obejmuje dziewczyny. Jest smutny, zły lub hamuje złość – trudno to jednoznacznie ocenić. Na odwrocie zdjęcia tekst: Wygranka, 11 lipca 1943, ponad 140 osób. 
Dalej widać polne kwiaty rosnące w błocie. Po rozłożeniu – krajobraz znikający we mgle. Kolejna bohaterka stoi na otwartej przestrzeni, obok niej widać jedynie fragment biednego placu zabaw otoczonego oponami. W tekście czytamy:
Nie ma dokąd uciec, nie ma gdzie się ukryć, las daleko, droga daleko. Do tego pod górę. Można było biec zaraz w dół i znowu pod górę. I się modlić.

W jednym z nielicznych drzew Matka Boska ukryta we fragmencie kory. Krzywucha, sierpień 1943, około 70 osób. Na kolejnej rozkładówce widoczny jest mężczyzna, obok niego kopalnia bazaltu. Janowa Dolina, miejsce kaźni 600 osób. Oglądamy je przez brudną szybę zakładu. Kilka osób na polu, na zdjęciu obok wypalanie trawy, a nad tym wszystkim śnieżnobiała chmura. Po kilku portretach zdjęcia dwóch drzew. Jedno kwitnące, drugie bez liści, złamane. Po otwarciu rozkładówki widać resztki śniegu na fundamentach domów – białe obrysy prostokątów na czarnej ziemi, tyle z nich zostało.
Pod płotem stoi matka z trójką dzieci i psem. W tym miejscu Magdalena Rigamonti przypomina historię kobiety, która uciekała z dzieckiem przez pole. Pocisk jednego z banderowców miał ranić ją w głowę, w wyniku czego straciła przytomność. Chłopiec, który dzięki tej ucieczce ocalał, to Mirosław Hermaszewski, pierwszy Polak w kosmosie. Podczas rzezi wołyńskiej członkowie UPA wymordowali 19 członków jego rodziny.

Wymowna jest fotografia, w której ekspozycja jest ustawiona na niebo, przez co ziemia jest czarna, zupełnie pozbawiona szczegółu. Po chwili widzimy płaczącą kobietę wspartą o drewnianą laskę. "Zośka. Że z polskiej rodziny". Mówi, że wszystko pamięta. Mąż – Ukrainiec. Brat męża był w UPA. Na tym polu zginęło 227 osób. 

Dominują w tej książce zdjęcia krajobrazów, które są subtelne, wyciszone. Jest tu dużo ujęć detali, fragmentów drzew. Gdyby zabrakło umocowania w postaci współrzędnych geograficznych i nazw wsi, byłyby to przedstawienia pretensjonalne, ciężkie od niejasnej symboliki. Udaje się jednak tego uniknąć, bo Rigamonti pokazuje konkretne pola, na których wydarzyła się tragedia, a nie tylko szuka metafory ciszy. Każde kolejne zdjęcie krajobrazu przeciętego horyzontem jest tworzeniem nowej mapy: niepamięci i wyparcia. 

Książkę zamyka tekst od autora, w którym pisze on o swoim strachu; strachu przed zapachem śmierci, przed ciarkami na plecach. Atmosferę panującą we wsi Majdan określa słowami: "(panuje tu) taki sam spokój i niepokój". Dostrzeżenie tej ambiwalencji doskonale podsumowuje cały projekt. 
Maksymilianowi Rigamonti wspólnie z autorką tekstów, fotoedytorką, projektantką i pozostałymi osobami zaangażowanymi w projekt, udało się stworzyć książkę, która jednocześnie wzbudza ciekawość i mrozi krew. Jest cicha, wyważona, ale i dosadna, dzięki powiązaniu zdjęć z miejscami i umieszczeniu obok nich liczby ofiar. W matowy papier wsiąkł druk, ujednolicając wszystkie zdjęcia, obniżając ich kontrast, niby przykrywając je pyłem. Zamykając książkę, trzeba ponownie zagiąć okładkę i zbliżyć do siebie dwa magnesy. Ich kliknięcie słychać tuż przy wytłoczonym tytule. Rzadko zdarza się w polskich wydawnictwach fotograficznych, by forma tak bardzo pracowała na rzecz treści. 


Book review by Michał Dąbrowski, culture.pl, English translation.

https://culture.pl/en/work/echo-magdalena-and-maksymilian-rigamonti


“Wbiło mnie wczoraj w krzesło. Zaniemówiłam. Ta książka niesie tyle emocji... Nie wyobrażałam sobie, ze przez takie medium to możliwe. To co zrobiliście jest wyjątkowe. To prawdziwa SZTUKA! Fotografie wyją niemym głosem! Wyrywają serce. Nie ważna wydaje się historia. Duchy ludzi wciąż tam są. Boli... Do tego wydanie jest piękne. Wyjątkowe.”


ECHO to nie jest album, który się ogląda, ale który się przeżywa. O Wołyniu trudno jest pisać, a co dopiero pokazać coś, co właściwie jest niewidzialne, a jedynie wyczuwalne - ślady istnienia i śmierci. Przecież nie zostało niemal nic, nie ma budynków, nie ma pomników, tylko drzewa, pola, i domagające się uwagi oddechy zamordowanych. Ale na tych bardzo niepokojących i pięknych fotografiach Maksymilian uchwycił to co niewyrażalne. Ogromnie się wzruszyłam, stanął mi przed oczami Wołyń widziany w pełni lata i te puste przestrzenie, tak pozornie sielskie, żal ścisnął serce. Matka, dziadkowie i ich rodzina, wszyscy stanęli mi przed oczami... Dziękuję za tą książkę, za te podróże, gdyby nie Wasz projekt i opowieści o nim, nie odważyłabym się napisać o Kolonii Marusi.... Piękne, minimalistyczne wydanie także robi wielkie wrażenie. Wielkie gratulacje, dokonaliście czegoś wielkiego i wyjątkowego.

Sylwia Zietek, pisarka


Dotarło do mnie Echo. Najpierw piękna, surowa okładka o fakturze kamienia. A w środku... Gardło ściśnięte. Dziękuję.


Echo. Wołyń. Rigamonti. Dzis dostałam. Nie mam słów. Genialne.

Małgorzata Omilanowska, historyk sztuki, profesor, minister kultury i dziedzictwa narodowego.


Mocne. Wzruszające. Warte popatrzenia, przeczytania. Echo.


Echo to wrażliwość otwartość na drugiego człowieka i niezwykły talent Maksymilian Rigamonti i Magdalena Rigamonti. Każda karta albumu to wielkie emocje i uruchomiona wyobraźnia.